|
Untitled Document
Tomasz Mann urodził się 6 czerwca 1875 roku w Lubece. Jego ojciec, Henryk, hurtownik zbożowy i senator miasta Lubeki zmarł, gdy Tomasz miał piętnaście lat. Po likwidacji firmy rodzina przeniosła się do Monachium. Późniejszy pisarz po ukończeniu w Lubece przedostatniej klasy gimnazjum pracował krótko w Monachium w pewnym przedsiębiorstwie ubezpieczeniowym, potem jako wolny słuchacz uczęszczał na wykłady uniwersyteckie w zakresie historii, historii literatury, estetyki i ekonomii oraz próbował swych sił w pisarstwie, podobnie jak jego starszy brat, Henryk.
W latach 1894 i 1895 ukazały się w czasopiśmie "Gesellschaft" jego pierwsze opowiadania, przyjęte z uznaniem przez czytelników i krytykę. Zachęcony powodzeniem Mann postanowił całkowicie poświęcić się literaturze. Pomyślna sytuacja majątkowa rodziny ułatwiła mu podjęcie tej decyzji. Rok 1895 spędził wraz z bratem we Włoszech, pracując już tam nad pierwszą wielką powieścią Buddenbrookowie. Po powrocie do Monachium był przez pewien czas współpracownikiem pisma satyrycznego "Simplizissmus", w którym ukazywały się w latach 1896-1898 jego nowele, powstałe jeszcze przed podróżą do Włoch. W formie książkowej ukazały się one pod wspólnym tytułem Mały pan Friedemann w 1898 roku. W 1905 roku Mann poślubił Katarzynę Pringsheim, córkę profesora uniwersytetu monachijskiego, która do końca życia pisarza była jego oddaną towarzyszką.
Sława autora Buddenbrooków wzrastała z każdym nowo wydanym utworem. Jej oficjalnym wyrazem było nadanie mu honorowego obywatelstwa Lubeki, doktoratu honoris causa uniwersytetu w Bonn oraz nagrody literackiej Nobla w 1929 roku.
Tomasz Mann interesował się zawsze żywo sprawami politycznymi. Poglądy Manna raczej nie były zgodne z oficjalną polityką niemiecką ekspansji i zaboru. Szczególnie ostro wystąpiła ta niezgodność na początku lat trzydziestych, w okresie narastania groźby faszyzmu. Toteż po przejęciu władzy przez narodowy socjalizm dla pisarza nie było miejsca w Niemczech. Na początku 1933 roku Mann odbywał z żoną podróż po krajach Europy z odczytami o Wagnerze. Na wiadomość o pożarze Reichstagu, która zastała go w Szwajcarii, zdecydował się pozostać na obczyźnie. Pierwsze lata emigracji spędził w Szwajcarii, w 1938 roku przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. W 1936 roku Niemcy hitlerowskie odebrały mu obywatelstwo, a uniwersytet w Bonn odebrał mu doktorat honorowy. Tomasz Mann, wyklęty w ojczyźnie, stał sie czołową osobistością wśród niemieckich pisarzy na emigracji. Kontynuował swoją twórczość. W 1944 roku przyjął amerykańskie obywatelstwo. Po wojnie nie powrócił do Niemiec. Odwiedził ojczyznę tylko dwa razy: w roku 1949 odebrał we Frankfurcie nad Menem nagrodę im. Goethego oraz Niemiecką Nagrodę Narodową im. Goethego w Weimarze; w maju 1955 uczestniczył w uroczystościach z okazji 150. rocznicy śmierci Schillera, zarówno w NRD, jak i RFN, manifestując w ten sposób przekonanie o jedności niemieckiej kultury narodowej. Zmarł 12 sierpnia 1955 roku.
Książka Hermanna Kurzke została przez niemieckojęzyczną prasę niemal jednogłośnie uznana za najlepszą jak dotąd biografię Tomasza Manna.
Kurzke opiera się przede wszystkim na twórczości pisarza, koncentruje się na jego życiu wewnętrznym, a nie na życiorysie, stara się odkryć i zrozumieć motywy jego działań, obalić narosłe wokół niego mity. Chce powiedzieć "wszystko", ale nie po to, by w jakiś sposób zdemaskować Manna, ale by przybliżyć tego zamkniętego w sobie człowieka czytelnikowi i stworzyć jego sprawiedliwy obraz.
Homoseksualizm Tomasza Manna był dla wykształconych czytelników łatwy do wyśledzenia. Opowiadanie z 1912 "Śmierć w Wenecji" weszło na stałe do kanonu gejowskiej prozy XX wieku. Psychoseksualna orientacja pisarza znalazła swój wyraz nie w licznych miłostkach i podbojach sercowych, lecz była sublimowana przez sztukę. Jego liczne dokonania literackie są, dzięki zawartym w nich aluzjom i niedopowiedzeniom przesycone homoerotyką. W czasach filisterskiego, drobnomieszczańskiego zakłamania twórczość Manna stanowi doskonały przykład zakamuflowanego modelowania homoseksualnej identyfikacji. Pierwszą miłością Tomasza Manna był jego szkolny kolega Armin Martens. W 1889, 14- letni wówczas gimnazjalista, Mann wyznaje Martensowi swe uczucie, zostaje jednak wyśmiany. Dla wrażliwego chłopca było to bolesne upokorzenie, oraz prawdziwy szok, którego skutkiem było wycofanie się tego syna kupca z bogatej mieszczańskiej lubeckiej rodziny w świat marzeń i niespełnionych fantasmagorii. Armina Martensa uwiecznił jednak Mann literacko stawiając mu pomnik i czyniąc go bohaterem noweli "Tonio Kröger". Swe późniejsze homoerotyczne fascynacje kamufluje pisarz w dalszych opowiadaniach i powieściach. Uwielbianego potajemnie ucznia liceum Willrama Timpe odnajdują czytelnicy jako Pribislava Hippe w "Czrodziejskiej Górze", a Paula Rhrenberga, -"centralne doświadczenia serca moich 25 lat" jako skrzypka Rudiego Schwerdtfegera w "Doktorze Faustusie". Trójka dzieci pisarza Erika, Klaus oraz Golo, którzy, jako homo- lub biseksualni, mogli sobie pozwolić na życie bardziej otwarte, nie pozwala nobliście na spokojne życie.
Hermann Kurzke jest wykładowcą historii literatury niemieckiej na uniwersytecie w Mainz, od 25 lat specjalizuje się w twórczości Tomasza Manna, był m.in. edytorem siedmiotomowego wydania esejów Manna.
Ważniejsze pozycje bogatego dorobku pisarskiego Manna to: dramat Firenza (1905), powieść Królewska Wysokość (1909), obszerna nowela Śmierć w Wenecji (1912), powieść Czarodziejska góra (1924), teatrologia Józef i jego bracia (1933-1943), powieść Lotta w Weimarze (1939) i Doktor Faustus (1947).
Kiedyś Tomasz Mann odwiedził pewną szkołę. Nauczyciel przedstawił pisarzowi najzdolniejszą uczennicę i poprosił go, aby zadał jej jakieś pytanie.
- Jakich znasz sławnych pisarzy? - zapytał Mann dziewczynkę.
- Homer, Szekspir, Balzac i pan, ale zapomniałam pana nazwiska - odpowiedziała uczennica.
Katia Mann - żona pisarza
W tej rodzinie wyróżniały ją dwie rzeczy: ona jedna nie pisała (nie licząc Wspomnień) i tylko ona miała poczucie humoru. Gdy podczas niemieckich kryzysów gospodarczych, zwłaszcza po I wojnie światowej, Tomasz siedział za biurkiem, Katia robiła wyprawy rowerowe w poszukiwaniu żywności. W Ameryce, dokąd przenieśli się w 1938 roku, żegnają się z rodzicami pozostającymi w Szwajcarii, Mannowie zażywali już spokojnego dobrobytu, Tomasz odbierał nie tylko wyrazy boskiego uwielbienia, ale i bajeczne honoraria (głównie za odczyty, te płynęły szerszym strumieniem gotówki niż zaliczki i tantiemy za książki. Nagroda Nobla przepadła w wyniku inflacji, reszta potem w hitlerowskich Niemczech, zaś profesorskiej pensji najpierw nie było wcale, a potem była niewielka).
Odnosili przy tym wrażenie, że dzielą to dobrodziejstwo z całą niemiecką emigracją, która wraz z nimi przeniosła się do Ameryki. Oznaczało to życie "kolektywne", wzmożone wyczulenie na potrzeby rozmaitych dawnych i obecnych przyjaciół, z których tylko nieliczni "odnaleźli się" w emigracyjnym życiu, jak geniusz fizyczny Albert Einstein. Należało ich wspierać, duchem, czynem i czasem datkiem, udzielać się towarzysko, czasem spierać się z nimi, jak z kompozytorem Arnoldem Schönbergiem o "kradzież" motywu techniki atonalnej w "Doktorze Faustusie". Czasem też unikać, jak Brechta czy Hauptmanna (tego ostatniego, też noblistę, z Jagniątkowa zresztą, jeszcze w Europie). A były ich dwa tuziny: kompozytorzy, pisarze, filozofowie: Bruno Walter i Bruno Frank, brat Henryk, Hermann Broch, Werflowie, Feuchtwangerowie, Horkheimerowie, Adornowie, Hans Eisler.
Tylko starzy rodzice Katii, którzy zmarli w Zurychu w początku lat czterdziestych (Alfred w 1941, Hedwig rok później), nigdy nie potrzebowali materialnego wsparcia; duchowego, rodzinnego, im ze strony córki nie brakowało. W dziennikach Tomasz Mann często zżymał się na "tych starców", gdy ich odwiedzali. Ta rodzina jednak - pomijając już szczodry gest rodziców, który dziś nazwalibyśmy materialnym "ustawieniem" (Alfred Pringsheim kupił młodej parze na początek nowego życia dom) - wewnętrznie go uformowała: antysemityzm był mu gruntownie obcy; można też powiedzieć, że gdyby nie Katia, jej pochodzenie, obyczaj, atmosfera, kultura muzyczna tamtego domu, nie napisałby biblijnej tetralogii "Józef i jego bracia", największej objętością, ale i rangą artystyczną, choć nie najpopularniejszej, swojej powieści.
Już po śmierci Tomasza Eryka mówiła o zjazdach rodzinnych w szwajcarskim domu Katii: - Spotykamy się tu z okazji rodzinnych uroczystości, w czasie świąt Bożego Narodzenia, obchodzimy zaawansowane urodziny, które stają się coraz bardziej zaawansowane dla każdego z nas, i to stwarza ową silną i nieprzerwaną ciągłość.
Pamiętam mikroskopijną notkę w gazecie, chyba "Słowie Polskim", o jej śmierci (pamiętnego) sierpnia 1980 roku. Przeczytałem ją w mieście, w którym urodził się jej ojciec, a ja zdążyłem spędzić dzieciństwo i pierwszy okres młodości. Dla mnie była współbohaterką dziennika Tomasza Manna, który wtedy studiowałem, bo mój profesor Norbert Honsza, odwiedzający mojego śp. Ojca w Oławie (byli zaprzyjaźnieni, jak prawnik z germanistą, od czasu wspólnego stypendium w Lipsku z początku lat siedemdziesiątych), wymyślił taki temat doktoratu.
Ale to był dopiero początek mojej zażyłości z Katią. Czy raczej: zażyłości z "moją" Katią. Od początku fascynowała mnie nie tylko jej osobowość, ale świadcząca o niewiarygodnej mocy ducha "osobność" w tej rodzinie złożonej z samych indywidualności.
"Klan" Mannów zostawił we mnie coś, co nie dawało mi spokoju, gdy już książkę skończyłem, a doktorat obroniłem. Należało sięgnąć po inny sposób. Co można powiedzieć o Katii w pojęciach filologii? Piętnaście lat po jej śmierci przebywałem przez miesiąc w Szwajcarii, z roboczej "klauzury" pisarskiej w Zurychu pojechałem tylko do miejsca akcji: Arosy i Davos. Napisała mi się dwuaktówka o Tomaszu i Katii. We włoskiej dzielnicy miasta, słuchając rozmów hałaśliwych Włoszek na całą ulicę, z balkonu na balkon, pisałem dialogi Niemców, Tomasza i Katii, po polsku.
W pisaniu Katia "rosła". Na końcu nie byłem pewien, czy powinna nosić tytuł "Tomasz Mann". Rozważałem tytuł "Tomasz i Katia". W Niemczech sztuka i słuchowisko (w Wiedniu) ukazały się jako "Wybraniec" ("Der Erwählte"), jako aluzja do tytułu ostatniej powieści. Miałem też w ręku wydania: angielskie, rosyjskie, czeskie, węgierskie. Kiedy czytałem je w dwóch pierwszych językach, uświadomiłem sobie, jaki to dobry sposób na przypomnienie sobie języków, których się kiedyś uczyłem. A ile języków musiała sobie przypomnieć Katia!
Nigdy jej, rzecz jasna, nie widząc na oczy, zaprzyjaźniłem się z nią, jej postacią, wrażliwością, postawami. Później patrzyłem w oczy paru jej wcieleniom. Każda Katia była inna, postać sceniczna inaczej rodziła się w wyniku konfrontacji osobowości aktorskiej z materiałem dramatycznym, wspartym do tego tworzywem biograficznym (aktorki, jak się zorientowałem, czytały Wspomnienia): introwertyczna ofiara rodzinnych, politycznych wypadków Ewy Dałkowskiej (Teatr Polski w Bydgoszczy), energiczna matka rodziny Elżbiety Kijowskiej (Teatr Ochoty w Warszawie), szukająca u Tommy'ego miłości Katia Anny Dymnej (Teatr Stary w Krakowie), "postmodernistyczna", zdystansowana żona wielkiego pisarza Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej (słuchowisko w radiowej "Dwójce").
W Zurychu poszedłem na jej i Tomasza grób, w sielskiej jak cała okolica scenerii cmentarzyka w Kilchbergu (godzina spacerkiem z centrum Zurychu). Skromniutka mogiła. Katia wróciła do męża i rodziców, zostawiając po sobie pamięć.
Próbowałem przypomnieć sobie, jak Tomasz Mann odnotowuje w dziennikach śmierć teścia. 22 lipca 1940 roku pisze w Princeton, że wysłał do Zurychu list z życzeniami na jego dziewięćdziesiąte urodziny. Rok później, 25 czerwca 1941 roku notuje: Wiadomość o śmierci starego ojca K[atii]. Moni we łzach. K[atia] spokojna. Parę dni później wspomina jeszcze o spopieleniu zwłok. "Alfred Pringsheim, geb. in Ohlau".
Zastanawiałem się, gdzie już widziałem to nazwisko na nagrobkach. Przypomniałem sobie: na żydowskim cmentarzu na Ślężnej we Wrocławiu. Nawet upewniłem się u przewodnika, który "wie wszystko": tak, to rodzina tych Pringsheimów, z których pochodzi żona Tomasza Manna.
Z perspektywy paru lat muszę oddać szacunek artystkom, które pod okiem reżyserów dzielnie przebijały się przez to tworzywo. Moje postaci, ledwo obrysowane, miały tylko otworzyć przestrzeń dla wykonawców. Dramaturg nie powinien "zapisywać tablicy" człowieka do końca. Od momentu wyjścia na scenę była to już Katia Ewy, Elżbiety, Anny, Teresy. Aktorka zapytała mnie na próbie stolikowej o "moją" Katię, czy była szczęśliwa: "I za co ona go właściwie tak kochała?".
Na długo przed ukazaniem się książki Jensów o pani Tomaszowej Mann "moja" Katia w smutno-odpowiedzialnym amerykańskim monologu mówi: - Ja jestem nim. To ja jestem the great german writer Thomas Mann.
Interesowała mnie przede wszystkim prawda o niej, ale nie tak, jak interesuje biografów. Biograf musi mieć przekonanie, że dociera do sedna, ujawnia je w bohaterce, "nadzianej" na szpilkę jak owad, do obejrzenia w dziennym świetle opisu lub pod mikroskopem analizy. Pisarza interesuje inna prawda o osobie: prawda poetycka. Owszem, może nawet zrobić demonstrację metody uczciwego przybliżania się do swojego obiektu - przez świadome przekręcenie faktów.
W "Moich nienapisanych wspomnieniach" znajduje się opisana przez Katię scena ich przelotu z kongresu PEN-Clubu w Szwecji do Ameryki, nad terytorium kontrolowanym przez Luftwaffe, której myśliwce przybliżają się do lecącej nisko maszyny pasażerskiej, niemalże zaglądając w okna, żeby wyśledzić, kto znajduje się w samolocie. Według jej relacji, następnego dnia zastrzelono przez szybę pasażera, który leciał tą samą linią o tej samej porze. Może wzięto owego pasażera za Tomasza Manna, bo naziści wiedzieli oczywiście o jego pobycie w Sztokholmie i podróży powrotnej do Stanów. "Moja" Katia mówi o strzałach do Tomasza w Chicago. W rzeczywistości agentem gestapo w jego otoczeniu był szofer; u mnie jest nim osobisty fryzjer. Tę samą zasadę próbuję stosować w grze hipotez wobec pisarza o pomnikowej do dziś pozycji w światowej opinii publicznej, znanego do 1936 roku z umiejętności politycznego dostosowania.
W mojej sztuce Katia "odchodzi", odchodzi nie opuszczając miejsca przy mężu. Przypuszczam, że miała swoje powody. Dalej spełnia wszystkie obowiązki przy żywym monumencie, z którym je śniadania, któremu pierze skarpety, reprezentancie humanistycznych ideałów Niemiec, w czasie, gdy Niemcy demonstrują ich przeciwieństwo. Uczestniczy we wszystkich podróżach, trasach odczytowych, rautach, wizytach "na szczeblu" (m.in. gościli przez kilka dni w Białym Domu). Podaje herbatę, zmienia kompresy na utrudzonej głowie, "Odchodząca" Katia to moje największe, mieszczące się jednak w prawdzie poetyckiej hipotetyczne przekręcenie.
W finałowej scenie u mnie Katia pije szampana. Córka swojego taty, śpiewa jego piosenki. Nikt nie wie, co czuła naprawdę. Może dlatego jest tak wdzięcznym obiektem rozważań, domysłów: cokolwiek sobie wyobrazimy, przenosi nas na piękny teren duchowy. Ma w sobie wewnętrzne krajobrazy Oławy, jej pięknych leśno-rzecznych okolic. Dzieci śnią sny rodziców, coś o tym wiem po odwiedzeniu Kołomyi swojej Matki, kiedy te miejsca, nigdy nie widziane, wydały mi się bardzo znajome. Dla Katii oławskie krajobrazy, śnione w Monachium, Kalifornii, Zurychu, musiały być ważniejsze niż widok Wielkiego Kanionu w Colorado.
Życie spełniające nie wszystko, co miało być spełnione, rozświetla od środka sagę rodzinną Pringsheimów i Mannów, która bez jego blasku byłaby ponura. Ponura byłaby moja komedia. Po takim życiu nie pytamy o talent do szczęścia.
|